Gubię się w dniach tygodnia, w godzinach nawet. Zawsze jest później niż myślałam. A to jest dobrze, ale jest i źle. Mamy dziś piątek, jadę jutro po ostatnie wpisy do indeksu i wolne. Od dojazdów, szczególnie uciążliwych zimową porą. Przynajmniej te kilka tygodni. Muszę też wnieść wniosek w sekretariacie w sprawie dodatkowego terminu wszystkich zaliczeń dla P. I muszę to zrobić jutro. Oj biedniutki on będzie kiedy wróci z UK.

Właśnie, wróci na początku lipca, ale tylko na dwa tygodnie… i wraca tam z powrotem. Aż do końca wakacji. Wczoraj, kiedy się o tym dowiedziałam byłam rozżalona i wściekła. Naraz! Najbardziej chyba o to, że nasza córka po wakacjach nie będzie wiedziała kim jest TATA, i że nie mogę dzielić z nim tej radości, jaką jest codzienne odkrywanie w niej czegoś nowego. W tej chwili bardzo, rzekłabym że cholernie – brakuje mi naszej trójki. Czuję się taka sama z tym wszystkim, choć to nie powinno mieć prawa bytu, bo oczywiście sama nie jestem. Pomimo tego że teraz mieszkam sama z Misią, zawsze mogę liczyć na każdego z naszej wielkiej rodziny, w szczególności na rodziców. Ale co z tego? Nie pochwalam jego decyzji, byłam pewna że wróci do nas już w lipcu. Bo P. nawet nie zdaje sobie sprawy z tego, ILE właściwie traci teraz, kiedy miesiące są takie… potężne w nowości!

A jedna z babć (czyt. moja mama) znalazła pracę. Tzn. kiedy zdecydowała, że przydałoby się pójść w końcu do pracy znalazła ją w niecałe 2 dni. I to taką, że po 8 godzinach pracy wraca do domu z podnieceniem, opowiadając takie „rzeczy z pracy”, że moje plotki o nowej pracownicy z mojej pracy się chowają. Ja za to patrzę na jej niezrozumiałe, chińskie notatki (no dobra, niemieckie – bo niemiecka to firma) i oczy wybałuszam na to, że ma jeszcze ochotę by to ogarnąć, w obcym języku, siedząc w dodatku cały dzień (pracy) za biurkiem.

A na dniach idę oglądać inne mieszkanie. Tańsze. Tak, paradoksalnie z zapiekami na twarzy szukam intensywnie jakiegoś tańszego mieszkania do wynajęcia, paradoksalnie teraz, kiedy P. pracuje za granicą a jego wypłata to nie PLN’y. Kolejna przeprowadzka będzie chyba nieunikniona…