Moje dni teraz to tęsknota, a wieczory to komputer i zakryta sterta ubrań do prasowania. Nie radzę sobie z tym tematem, już przy kąpieli Miśki robię w głowie listę rzeczy do zrobienia w domu, a gdy tylko ją położę, biegnę do komputera- bo może będzie P. Mobilizujące do niezapuszczenia mieszkania stają się wizyty przyjaciół, którzy wpadają kiedyś tam między pracą a domem. Nikt dziś tak bardzo nie ma czasu. Więc na godzinę przed zapowiedzianą wizytą biegam po domu jak szalona, robię po dziesięć rzeczy naraz i jakoś zaczyna to nasze gniazdo wyglądać.

I nie wychodziłam z domu od soboty. Czyli od kiedy po raz ostatni byłam w pracy. Bo nasza Misiula chora, na szczęście nic poważnego bo tylko katar, ale ten katar bywa straszny. No i dostała zakaz wychodzenia z domu, jeśli katar staje się na tyle uciążliwy że mając smoczek, mała nie może oddychać. Czekamy na ładną pogodę, żeby z czystym sumieniem wyjść na spacer. Może ten brak spacerów jest powodem sterty prasowania- zazwyczaj prasuję na bieżąco,a do tego zbieram się od tygodnia. Nic, tylko się chwalić.

Dziś przychodzi mama P. do nas, bo ja idę do pracy. Niestety i stety (bo ma to swoje plusy i minusy) pracuję teraz na 1/4 etatu, czyli wychodzi mi 1 dzień pracy w tygodniu. Ale przedłużyli mi wczoraj umowę na dwa lata, narzekać nie mogę, pracuję tyle godzin by odetchnąć od Miśki i nie zatęsknić za mocno, tyle też żeby jej za często gdzieś nie podrzucać.

I chciałam Michasię już odstawić od nocnego karmienia, zrobiłam przymiarkę wczoraj ale po jej pełnym żalu wrzasku stwierdziłam, że lepiej zaczekam aż będzie całkiem zdrowa. I tak okropnie tęsknię, odliczam już dni, jak kiedyś, jak pięć lat temu kiedy czekałam na lato, teraz jest prawie tak samo, może tylko intensywniej…