O czym właściwie powinnam pisac by zrobic sobie lżej na duszy? Chyba o tym co w nas aktualne, by pamiętac o tym o czym zresztą szybko zapomniałoby się, gdyby nie było gdzieś zapisane. W zeszłym roku pisałam tu o maju, o pustce, nowym życiu coraz bardziej rozpychającym się w środku.

Moje szczęście ma już dwie dolne jedynki, które radośnie ostrzy na wszystkim co jej wpadnie w jej małe łapki. Kiedy wracam z pracy pędzi do mnie na czworakach z takim impetem że nie raz, nie dwa, robi sobie przy tym krzywdę. Marszczy nos i piszczy z radości na zmianę kiedy ją przytulam i mówię jak bardzo tęskniłam. Sama do siebie uśmiecham się przez całą powrotną drogę z pracy, bo wiem jak moja córka zareaguje na mój widok. To cudowne, zajebiste, przepiękne.

Nawet kiedy wchodzimy razem do pustego mieszkania, i wiem że zostaniemy w nim same we dwie, czuję się jakoś raźniej. Brak mi czasu na zastanawianie się że może jestem zmęczona, przygnębiona, że może tęsknię za jej tatą. Muszę przecież tworzyc dom dla niej, i dla jej taty, który w końcu przecież do nas wróci.

Mówię do Michaliny ostatnio – „spójrz! kto tam jest? Mama i Misia!” , na co ona „ne! tata…”  Tęsknimy obydwie, czujemy Twój brak na każdym kroku. Porządek i cisza w domu są piękne i cudowne, ale mógłbyś już do nas wrócic.