Muszę nauczyć się organizować sobie jakoś czas, na czas kiedy rzeczywiście nie ma mnie w domu. Moja praca z 1/4 etatu w tym miesiącu zmieniła się na 1/2 etatu, co mnie cieszy, bo lubię tę pracę. Kwestie finansowe też nie są mi obojętne ;-) Przy odrobinie szczęścia utrzymam się na połowie etatu na dłuższy czas, ale nie zależy to niestety ode mnie. No ale.

80 godzin miesięcznie bez mojego dziecka to dla mnie dużo. Będąc w pracy staram się nie myśleć co dzieje się w domu, ale jak już zacznę to nie mogę skończyć; czy P. dobrze ją ubrał na spacer, czy nie przegrzewa, czy dał jej po kąpieli witaminę D, czy umył butelki od razu po karmieniu, bla bla bla itd, itd! Sama mam siebie czasem dość, ale nie mogę nic poradzić na to, że mam wrażenie że sama wszystkiego dopilnowałabym najdokładniej. Najlepiej. Prawda jest taka, że P. przy małej robi wszystko zwyczajnie po swojemu. Nie mówię też że DUŻO gorzej. Ale faceci nie przykładają wagi do wielu rzeczy. Przynajmniej mój.

Mętlik mam w głowie, kosz pełen prania i nieogarnięte mieszkanie. Jutro przychodzi do nas pilnować Miśki moja mama, bo obydwoje z P. pracujemy. Siostra moja, zwana „siostrą” (z wzajemnością) śpi więc dziś u nas. Ja, jako siostra ta starsza, niedobra, wyjadłam jej już połowę cini minis. Kocham tego stwora, z zajawką w tym czasie na monster high.

Podczytywałam dziś notki z czasu kiedy byłam jeszcze w ciąży. Tak bardzo narzekałam na te czasy! Że brak mieszkania, że dużo monotonnej pracy, że problemy z P. A dziś czuję do nich taki sentyment… jednak wszystko przychodzi w swoim czasie, minął ponad rok od całego tego czasu, wszystko jest niby takie podobne, ale jednak inne. Ostatnio zdałam sobie sprawę że moje radosne życie polega na ciągłym czekaniu na coś nowego, fajnego. Jeśli chodzi o obecne sprawy, unikalną radość przynosi mi czas spędzony z Michalinką (chyba zbyt rzadko mówię o niej pełnym imieniem bo aż mi dziwnie!), a tak to zawsze jest czekanie na coś; od rzeczy małych (niedługo przyjdzie paczka z allegro!) po te większe (może uda nam się z tym domem…).

No i mamy mój kwiecień. Kocham kwiecień, choć muszę przyznać że niespecjalnie taki, niespecjalnie biały i taki mroźny. Ale to moja pora roku, mój miesiąc. Przed nami same cudowne miesiące! Oby tylko wyszło słoneczko i czas na zrzucenie zimowych kurtek. :-)