Dziś nasza Michaśka kończy osiem miesięcy. Nic nawet nie mówię o tym jak ten czas pędzi, bo wciąż o tym myślę, mówię i piszę. Bo i dużo zmieniło się w naszym życiu właśnie osiem miesięcy temu. Dziś ze wzruszeniem przypominam sobie tę końcówkę porodu i pierwszą noc z Misią w szpitalu – to pamiętam najintensywniej, tego nic nie wymaże z mojej pamięci. Po porodzie siedziała we mnie taka adrenalina że nie mogłam zasnąć, i wciąż jej się przyglądałam. Korciło mnie żeby ją wyciągnąć albo choć rozwiązać z tych betów w które ją zawinęli żeby obejrzeć rączki, nóżki, cholernie ciekawa byłam jak wygląda moje dziecko i nie mogłam czekać by jej się przyjrzeć. Chciałam też wstać, iść pod prysznic, poukładać swoje rzeczy przewiezione z sali przedporodowej. Choć wstać nie mogłam,bo cała się jeszcze trzęsłam z wysiłku sprzed paru godzin. Mój organizm był poważnie zmęczony. Chciałam zjeść smakołyki przyniesione przez mamę,cały dzień od rana nic nie jadłam, ale też nic nie chciało przejść przez moje zmęczone i zadarte od pojękiwań gardło. Ah te wspomnienia :)

Najgorsze wspomnienia to to leżenie na łóżku a na przeciwko zegar, na sali gorąc. Paweł od początku obok mnie, ja pod kroplówką z oksytocyną. Nie wytrzymuję z bólu, te wskazówki tak wolną tykają. Przysypiam między skurczami by za chwilę obudzić się z tego cholernego bólu. Spinam się cała na skurcze a położna mówi by tak nie robić. Ale… jak tego nie robić? Idę z Pawłem pod prysznic, opieram o drabinki, wracam, staram się robić przysiady, wspólnie udaje nam się ich zrobić aż dwa, czekam- może pójdzie szybciej? Znów pod prysznic, leję sobie wodę na brzuch i plecy, chcę by już był koniec. Wracamy na salę, znów mnie podłączają do kroplówki, ktg. Później wymiotuję z bólu, Paweł z bezradności jest aż malutki. Trzyma mnie za rękę, tak bardzo się mnie wpatruje, milczymy bo nie mam siły by mówić. Karzę mu coś opowiadać, a kiedy zaczyna karcę go by w takim ważnym momencie nie opowiadał o głupotach i żeby się zamknął. W skurczach wbijam mu paznokcie w rękę i ciągnę za włosy, on dzielnie jest przy mnie cały czas. Później Paweł pomaga mi urodzić naszą córkę. Nachyla mi głowę do przodu, mówi że dam radę, jeszcze tylko trochę, nagle ze złami w oczach mówi że jest główka. Nie wierzę, w odruchu chcę dotknąć brzucha ale muszę przeć dalej. I w końcu jest… najpiękniejszy płacz na świecie ogarnia salę, opadam na łóżko, uśmiecham się do siebie że mi się udało, i że koniec tych skurczy…

Na wesoło wspominam jak siedziałam już po wszystkim jeszcze na łóżku porodowym i położna mnie „oczyszczała”… Paweł wyszedł dzwonić po rodzinie i znajomych, mała leżała już zawinięta w wózeczku obok, a ja nie mogłam się na nią napatrzeć i nawijałam do położnej jak najęta: „Jej, moja córeczka, jaka ona piękna, jaka cudna, nie wierzę że się udało, cudowna! ale te skurcze, ufff te skurcze, więcej mnie tu pani nie zobaczy bo ja mieć więcej dzieci nie chcę… ale ja pani tak dziękuję, bez pani by mi się nie udało, byłam na skraju…” :))

No i jak moja mama wpadła na salę porodową (kto ją tam wpuścił o tej godzinie?!) od razu nagrywając, akurat położna przystawiała mi Misię do piersi po raz pierwszy w życiu. Ile ja czekałam na tą chwilę, jak często wyobrażałam ją sobie w czasie ciąży i nie mogłam się doczekać! Mam te nagranie, cieszę się jak głupek że mała ssie cyca, te najcenniejsze kropelki siary, a ja powtarzam w kółko jak nakręcona że było strasznie i nie chcę więcej dzieci… :)

Najpiękniej wspominam jak tej pierwszej wspólnej nocy, kiedy mała wybudzała się na chwilę, gładziłam jej główkę delikatnie dłonią i szeptałam „szzzz…” do uszka. To ją uspokajało, i na nowo zasypiała. Boże, jakie to było dla mnie piękne, jestem mamą, mam piękne zdrowe dziecko które mnie czuje i które uspokajam…!

Albo jak naczytawszy się w czasie ciąży gazet o niemowlakach wypróbowałam na małej gest powtarzania. Kiedy była świadoma i miała szeroko otwarte oczka, zaczęłam wyciągać do niej język… za którymś razem i ona to zrobiła! :)

Później, po wyczekiwanym powrocie do domu lekki, dzienny może bejbi blues. Szybko się podniosłam. Nowości z karmieniem, na szczęście nie miałam z tym problemów. Wspominam zapachy tamtych czasów i chłonę je dziś całą sobą, niezależnie od tego jak trudne były. Wieczny bałagan w mieszkaniu, nie miałam siły sprzątać i nie miałam siły na ten bałagan patrzeć. Na szczęście była moja mama która wstawiała pralki, prasowała, robiła obiadki dla karmiącej i ogarniała ile mogła. A ja poznawałam się z córeczką i przygotowywałam plan przeprowadzki na nowe mieszkanie…

___________

Misiulowy bilans rozwoju:

  • waga 7,2 kg, wzrost 68 cm
  • ubranka rozmiar 68-74 cm
  • rozmiar pieluszek: 3
  • samodzielne zasypianie w łóżeczku od 29 listopada 2012 r.
  • przekręcanie się z pleców na brzuszek i spowrotem od 10 września 2012 r.
  • dość precyzyjne chwytanie i sięganie po przedmioty od 4-5 miesiąca życia
  • opanowanie turlania i skwapliwe wykorzystywanie go od 5 miesiąca życia
  • błyskawiczne pełzanie od 7 miesiąca życia
  • bardzo mocno stoi i podtrzymywana chętnie i ładnie stawia kroczki
  • bezproblemowe wprowadzanie nowości w jadłospisie ;)
  • mała dużo gaworzy, nie zapisałam od kiedy- od dawna :)
  • wciąż nie ma ząbków,
  • wciąż jest karmiona piersią,
  • wciąż nie przesypia całej nocy,
  • i wciąż nad ranem domaga się emigracji do łóżka starych ;)

P.S. Mam mnóstwo folderów ze zdjęciami, ale  jest kilka bliskich mi sercu które chciałabym tu wstawić. Będę robić to stopniowo w nowej kategorii „PHOTO pigułka”, także już wkrótce zapraszam na mój fotograficzny szał,bo jestem istną maniaczką jeśli chodzi o fotografowanie, zwłaszcza od kiedy urodziła się moja latorośl :)