Jestem, po dłuższej przerwie… witam.

Słowami wstępu – nie powiem, miałam czas żeby napisać, ale nie robiłam tego gdyż onet mi to skutecznie uniemożliwiał. Pewnie wiecie o co chodzi. A ja się denerwowałam, i odpuszczałam. Ale postaram się już pisać częściej.

U nas jest okej. Łagodnie weszliśmy w okres zimna, mrozów i zakatarzonych nosków. Nasza latorośl skończyła wczoraj 5 miesięcy. A ja z szeroko otwartą gębką obserwuję błyskawiczny przebieg czasu. Czy wszystko nie dzieje się za szybko?

Ostatni raz pisałam tutaj, kiedy Miśka miała ponad miesiąc. Mało miałam wtedy czasu dla siebie, i choć teraz mogłabym mieć go więcej, mam w sobie takiego „pałera” i tyle miłości że spędzam sekundy, minuty i godziny na tuleniu, całuskowaniu i rozpieszczaniu mojego Misiątka. Jestem wiecznie śpiącą, ale szczęśliwą mamą, myślę że nigdy wcześniej nie byłam szczęśliwsza, że nie da się tego porównać do niczego.

Nie znaczy to że całe dnie spędzam z Misiulą na cycu, bo Misiul miał już okazję trochę odciąć się od pępowiny kiedy robiłam na przykład dwu tygodniowy kurs kosmetyczny a ona była u babci, albo kiedy weekendami jeżdżę do szkoły. Niemniej jednak zawsze kiedy nie ma jej przy mnie, tęsknię – BARDZO. I nie potrafię odetchnąć spokojnie.

Nasze życie wygląda spokojnie. Ja przebywam jeszcze na urlopie macierzyńskim, choć już nie długo. Dopóki było jeszcze ciepło spędzałyśmy z Małą całe dnie poza domem, spacerując, teraz cóż – oprócz max. 3 godzinnych spacerów lub wizytach u rodziny czy znajomych, siedzimy w domu. I bawimy się, turlamy, rozmawiamy, wciąż poznajemy. Jest naprawdę niesamowicie. W dodatku jestem bardzo dumna z siebie, bo Misia wciąż jest na piersi, a nie na mleku modyfikowanym.

Reasumując, nasze życie jest całkiem okej, ja jestem całkiem szczęśliwa, a nasz mały Miś rozwija się pięknie i radośnie. Teraz kiedy już napisałam po tak długim czasie co u nas, następna notka będzie już konkretniejsza, a na dzisiaj to na tyle, bo kiedyś spać przecież muszę :)