Dość długo nie pisałam, ale wiele się działo przez ten prawie miesiąc odkąd pisałam ostatnio. I jest tyle rzeczy które chciałabym napisać… Najważniejsze… Michasia od 12 dni jest już z nami.

Urodziła się 3 lipca, o godzinie 19:35, cała i zdrowa, ważąc 3460 gram i mierząc 54cm. Dostała 10pkt/10 w skali Apgar.. :)

Obiecałam kiedyś że opiszę tu swój poród. Prawdę mówiąc nie wiem czy to najlepszy pomysł- nie sądziłam że będzie to przeżycie tak bolesne. Nie chciałabym też nikogo zrazić do posiadania dzieci, choć sama zanim zdecyduję się na drugie, grubo się zastanowię, bo za nic w świecie nie chciałabym przeżywać tego po raz kolejny.

Napiszę tylko że rodziłam równo dziesięć godzin, poród miałam wywoływany, poprzedzany dwoma dniami przebytymi na sali przedporodowej poprzez skurcze przepowiadające i brak rozwarcia. Leżałam dwa dni na sali, słysząc jak co kilka godzin rodzi jakaś kobieta- ja nie mogłam urodzić bo mimo że miałam skurcze, nie było postępu w akcji porodowej. Skurcze przepowiadające były bardzo bolesne, zwijałam się przy nich z bólu, na co położne szczerze mówiły że to jeszcze nic. I miały niestety rację, bo jak tylko podłączyli mnie do kroplówki we wtorek o 9:30 rano, dostałam takich bóli, że mi się to w głowie nie mieściło, przeokropne skurcze średnio co 3 minuty przez 10 godzin, z których każdy skurcz trwał ponad pół minuty spokojnie. O godzinie 19 w końcu rozwarcie postąpiło na 9cm i mogłam zacząć rodzić. Tu przyznam że samo wyparcie Małej na świat nie bolało wcale. A pierwszą moją myślą po tym jak położyli mi ją na brzuchu było- w końcu koniec tych skurczy!

P. trwał przy mnie dzielnie, od samego początku do samego końca. Przyznał mi się ostatnio że z tego jak widział jak cierpię aż mu w pewnym momencie łzy poleciały. Dzielnie mi dopingował, pozwalał wbijać paznokcie w kark i rękę, trzymał, robił ze mną przysiady, prowadził do łazienki pod prysznice, podawał wody i na sam koniec przeciął pępowinę :)

A ja się cieszę że już po wszystkim, choć wszystko tak na prawdę zaczęło się kiedy mała się urodziła. Nie wiem czy zdawałam sobie sprawę z tego jak dziecko mnie ograniczy. Niby tak, ale nie wiem czy tak dosadnie. A dziecko na prawdę zmienia wszystko, zwłaszcza jeśli taka istotka ciągle chce być przy tobie, przy twojej piersi… :)

Od kiedy wróciłam do domu mieszka z nami moja mama- bardzo mi pomogła w te pierwsze dni po porodzie, kiedy ledwo się ruszałam, choć przy Małej wszystko robiłam i robię sama. Ale i tak jej pomoc przy mnie i przy domu okazała się w sumie bezcenna. W dodatku czeka nas kolejna przeprowadzka- znaleźliśmy mieszkanie na lepszych warunkach, i na samą myśl o tej przeprowadzce włos mi się jeży- tyle rzeczy do przewożenia, pakowania…! tamto mieszkanie do wysprzątania, i trzeba kupić meble kuchenne, skręcić je… w dodatku dzisiaj rano P. wyjechał do pracy za granicę na 3 miesiące, i będzie zjeżdżać tylko na weekend co dwa tygodnie. Także teraz mieszkamy sobie same kobietki w domu :]Wczoraj mieliśmy odwiedziny przyjaciół, wujków i cioć Michasi ;) w efekcie czego mamy zapasy Pampersów na kilka tygodni, grzechotki, ubranek, kremików, mydełek… :) no i ja dostałam przepiękne kwiatki. Każde z wujków i ciotek zrobiło sobie z Miśką zdjęcie i koniecznie ponosiło na rączkach. A Misia każdego dnia coraz większa… :)