Nasze nowe życia można przypisać wraz z początkim maja, bo wtedy na zawsze chyba opuściliśmy już nasze domy. Bez odwrotu. I wcale nie dlatego że bym nie chciała, po prostu tak czuję. Stało się coś co nie powinno mieć odwrotu bo taką wybraliśmy drogę.

 Czy jestem gotowa? Czy moje uczucia to typowa reakcja na opuszczenie rodzinnego domu, wniesienie się całkiem gdzieś indziej by stworzyć własną kuchnię, własne pokoje i zapachy? Własne ułożenie szklanek w szafkach, ubrań w komodach? Najgorzej było chyba w pierwsze dni, chyba wieczorami. Chciałam uciekać spowrotem, z  tego pięknego, wymarzonego mieszkania, do tak boleśnie znanego mieszkania mamy. Może przez brak telewizji, internetu? Tego co tak intensywnie teraz łączy ze światem? Na rzecz zmniejszenia pustki najpierw przywlokłam pożyczone radio, by RMF fm leczyło pustkę w samotne poranki, wczoraj sprowadziłam telewizor, co prawda na razie z zaśnieżonymi polsatem i dwójką, ale zawsze. Przytulniej, pustka ciut zmniejszona.

 Nasze mieszkanie pachnie nowością sprzętów, mebli, zapachem białych kwiatów z air wicka i świeżym arielowym praniem. Jest wypełnione nami, naszymi pierwszymi wspólnymi meblami, sprzętami, książkami. Czekam aż sztuczny zapach nowości ustąpi, wybiegam już myślami do jeszcze nowszego zapachu który pojawi się w naszym domu za dwa miesiące- zapach noworodka.

 Mam własną kuchnię, w której mogę robić, układać i przekładać co i jak chcę. Podobnie z łazienką i pokojami. Wybierać kolory ścian, mebli, dywaników i układu szklanek i naczyń, decydować o własnej przestrzeni dla naszej dwójki, a wkrótce trójki. Ustalać zasady i zatwierdzać je wieczorami z P.

 Ale cała sytuacja ma też swoje minusy. Przykładem jest położenie gniazdka, na samym końcu miasta, wszędzie daleko, ja mam do pracy prawie trzy kilometry i brak samochodu. Nim dojdę mija pół godziny i cała się zasapię. Ale mam blisko do jednych dziadków, natury i restauracji, greckiej chyba. No i to parter, a ja nie lubię parteru. Fajnie że mało schodów, ale te pająki przez uchylone okna przed deszczem… ostatnio znalazłam jednego, na suszarce z praniem. Bardzo, bardzo dużego i czarnego. Od tamtej pory bardzo, bardzo pilnuję okien. Ah, i sąsiedzi. Wszyscy wydają się ze sobą związani, a ja nie lubię czegoś takiego, bo mnie zwyczajnie nie interesują, spodziewam się wielu plotek i podobnych.

 Dość narzekania. Trochę o Michalince. Weszłyśmy wczoraj w 31 tydzień, czyli jeszcze dziewięć tygodni do końca. Mała rusza się co chwilę, pozwala mi czuć się ociążała i wiecznie zmęczona. Już się jej nie możemy doczekać :) Wypycha te swoje małe łapki tak mocno w mój brzuch, a my jej je masujemy, P. całuje. Takie nasze chwile w łóżku na moment przed zaśnięciem. :)) W poniedziałek mamy kontrolę u Pani ginekolog,więc dowiemy się więcej, bo coś czuję że mała sporo urosła.

 Mam nadzieję że ten cudny maj zabierze ze sobą tą pustkę i pozwoli mi się w pełni cieszyć tym wszystkim. Przepraszam Was kochani że Was nie odwiedzam, ale mam trudno dostępne chwile do internetu, obiecuję że nadrobię! Jednocześnie dziękuję za pamięć, i za to że wciąż zaglądacie- i dajecie o sobie znać.

 

Wielkie uściski, przesyłamy z Miśką :)