Mimo smutku na deszcz, zjadam rozumy, szarpię nerwy i zdarza mi się nie uśmiechać, w miarę wzrostu mojej Fasolki chyba. Czuję złość na ludzi głupich, na ludzi palących, na kumpli P., zabijam wzrokiem, nie walczę z cukrem w organiźmie, którego tak przybywa.

Myślę o naszym miejscu, naszym własnym, chciałabym własne żelazko, znów dziwić się też na funkcje pralek – zmywarek, móc powiedzieć że gotuję lepiej niż niepokonany P., pozwolić mu przynieść mi truskawki z naszej lodówki o 4tej rano. Miałam już to wszystko, ale to co. Nie było wtedy cudu we mnie, nie dbałam więc o całe te sprzęty, zrezygnowałam na dwa miesiące ze śniadań i kolacji P., choć nie z niego całkiem. Chciałam na nowo, a wyszło tak całkiem na nowo, nie mamy już miejsca na nasze wspólne kanapy plus łóżeczko Fasolowe. Jeszcze, ale to co, tak czy siak to na mnie wpływa.

Fajnie nam razem na to słońce, dziś uśmiechaliśmy się do siebie na pierwsze ubranka w rozmiarze 56 chyba, całujesz mój brzuch codziennie, nas.