Nie będę twierdzić polską normą że pieprzę walentynki, bo ja walentynki zwyczajnie lubię. Od dziecka rodzice podkładali nam z tej okazji czerwono-serduchowe upominki, niektóre z nich mam do dziś. Z P. to były nasze czwarte walentynki razem, i chyba pierwsze tak udane, mimo że nie poszło nam zgodnie z ustalonym początkowo planem, było miło, bardzo.

 

Wręcz denerwują mnie oni, oni czyli ci którzy walentynki tak publicznie, fejsbukowo i naszo-klasowo pieprzą, a mimo to wciąż o nich piszą, mówią, upijają się w tę okazję, mimo że to wtorek przecież, środek tygodnia, a oni pieprzą i nie obchodzą, cóż. W takim samym stopniu mnie niemal denerwują co ludzie palący papierosy.

A ja te serduszka, pierdółki i pięknie ustrojone sklepy i kwiaciarnie lubię. Mimo że musiałam pracować do 21, a nie miałam wolnego jak miałam mieć; po powrocie czekało mnie kilka miłych niespodzianek, a dzięki mojemu  wspaniałemu kucharzowi, po kolacji nie mogłam się stoczyć z łóżka :) Wymieniliśmy się nawet walentynkami. Przed zaśniecięm, moim, Miśka jeszcze pożegnała się z tatusiem trzema kopniaczkami.

W nocy totalnie nas zasypało śniegiem. I mam coraz większy brzuch, i pierwszy raz w życiu czuję się… gruba!