Kolejna niedziela, przede mną stoisko cukiernicze, ciepła herbata w kubku XXL, i farelka od lewej. Od prawej śnieg, sypie od rana, może od nocy zresztą, sama nie wiem. Na rzekach tafle lodu, na dwór wychodzę tylko kiedy to konieczne, czyli z pracy, do pracy, do domu, z domu, do biblioteki i z biblioteki. Więcej mnie nie dotyczy, bo jestem egoistką, marznę ja i fasolka, a samochodu nie mam, niestety, bo spacery takie zdrowe, zresztą nie tylko dlatego, ale co tam.
Myślę, dlaczego ludzie są tutaj, właśnie w niedzielę, o 10 rano, dlaczego mają pełne wózki, dlaczego w taki mróz chce im się wypełzać z cieplutkich mieszkań. Ja bym jeszcze spała, gdybym mogła. Później jadłabym śniadanie w łóżku, i paradowała w piżamie do obiadu, później cieszyłabym się z obiadu który w niedzielę jest zawsze taki speszjal, bo to niedziela.
No i ludzie przemykają sobie wokół mnie, pełne wózki, a jest niedziela. Ja nie wiem czy są przed czy po wypłacie/emeryturze/rencie, co nie zmienia faktu że narzekają. A to takie drogie, to za drogie, a tego tak mało… a wózki wciąż pełne. I nie widzą siebie. Że nie wyglądają najgorzej, że chodzą, nie są uwięzieni w łóżku, tylko miny nie te. Narzekają.
Chociaż… my młodzi wcale lepsi nie jesteśmy. Też narzekamy. No bo tacy my. Pan P. i ja, no i fasolka. Wszyscy do tej pory zdrowi, rozwijamy się dobrze, ja z fasolką nawet intensywniej niż norma, czyli Pan P., no ale jesteśmy młodzi, nie brzydcy, jeść mamy, spać mamy, rodziny pełne mamy, rodzeństwo mamy, siebie mamy, uczucie mamy, pieniądze… rzecz nabyta, raz są raz nie. Ale nie jest najgorzej przecież, a ja ciągle narzekam że zmęczona, że zimno, że znowu nie zdałam tego cholernego prawka. Głupio gadam.
Siedzimy sobie wczoraj z P. przed południem na dworcu PKS, w nie naszym mieście. Skończyliśmy wcześniej lekcje, i musimy czekać na śmierdzący autobus całe dwie godziny. Siedzimy i narzekamy. P. wkurzony na autobusy, na mnie, i na cały świat. Marzną mi dłonie, bo zgubiłam gdzieś jedną rękawiczkę, liczę ile mi godzin zostało do pracy. Myślę dlaczego P. jest wkurzony, skoro on nie miał nic w planach, że to ja powinnam, ja jestem zmęczona, chce mi się siku, a toalety nie ma, więc nie mogę wstać, a w środku na dworcu tak śmierdzi wszystkim. No i tak sobie narzekamy, i nagle widzimy Pana, jedzącego skromnie zupke, żeby się ogrzać. Nie wygląda dobrze, serce nam się kraja, patrzymy po sobie. Sami mamy tylko na autobus, bo przed wypłatą, ale sama nie wiem czy odważyłabym się podejść do Pana i dać mu parę przysłowiowych groszy.
W końcu wracamy samochodem, nie tłuczemy się autobusem, w domu czeka ciepły obiad, a później idę do pracy- ale już przez cały dzień myślę o takich ludziach, jest mi smutno, i cieszę się na swoje życie, każę P. doceniać. Nie narzekajmy.

 

Kolejna niedziela, przede mną stoisko cukiernicze, ciepła herbata w kubku XXL, i farelka od lewej. Od prawej śnieg, sypie od rana, może od nocy zresztą, sama nie wiem. Na rzekach tafle lodu, na dwór wychodzę tylko kiedy to konieczne, czyli z pracy, do pracy, do domu, z domu, do biblioteki i z biblioteki. Więcej mnie nie dotyczy, bo jestem egoistką, marznę ja i fasolka, a samochodu nie mam, niestety, bo spacery takie zdrowe, zresztą nie tylko dlatego, ale co tam.

Myślę, dlaczego ludzie są tutaj, właśnie w niedzielę, o 10 rano, dlaczego mają pełne wózki, dlaczego w taki mróz chce im się wypełzać z cieplutkich mieszkań. Ja bym jeszcze spała, gdybym mogła. Później jadłabym śniadanie w łóżku, i paradowała w piżamie do obiadu, później cieszyłabym się z obiadu który w niedzielę jest zawsze taki speszjal, bo to niedziela.

No i ludzie przemykają sobie wokół mnie, pełne wózki, a jest niedziela. Ja nie wiem czy są przed czy po wypłacie/emeryturze/rencie, co nie zmienia faktu że narzekają. A to takie drogie, to za drogie, a tego tak mało… a wózki wciąż pełne. I nie widzą siebie. Że nie wyglądają najgorzej, że chodzą, nie są uwięzieni w łóżku, tylko miny nie te. Narzekają.

Chociaż… my młodzi wcale lepsi nie jesteśmy. Też narzekamy. No bo tacy my. Pan P. i ja, no i fasolka. Wszyscy do tej pory zdrowi, rozwijamy się dobrze, ja z fasolką nawet intensywniej niż norma, czyli Pan P., no ale jesteśmy młodzi, nie brzydcy, jeść mamy, spać mamy, rodziny pełne mamy, rodzeństwo mamy, siebie mamy, uczucie mamy, pieniądze… rzecz nabyta, raz są raz nie. Ale nie jest najgorzej przecież, a ja ciągle narzekam że zmęczona, że zimno, że znowu nie zdałam tego cholernego prawka. Głupio gadam.

Siedzimy sobie wczoraj z P. przed południem na dworcu PKS, w nie naszym mieście. Skończyliśmy wcześniej lekcje, i musimy czekać na śmierdzący autobus całe dwie godziny. Siedzimy i narzekamy. P. wkurzony na autobusy, na mnie, i na cały świat. Marzną mi dłonie, bo zgubiłam gdzieś jedną rękawiczkę, liczę ile mi godzin zostało do pracy. Myślę dlaczego P. jest wkurzony, skoro on nie miał nic w planach, że to ja powinnam, ja jestem zmęczona, chce mi się siku, a toalety nie ma, więc nie mogę wstać, a w środku na dworcu tak śmierdzi wszystkim. No i tak sobie narzekamy, i nagle widzimy Pana, jedzącego skromnie zupke, żeby się ogrzać. Nie wygląda dobrze, serce nam się kraja, patrzymy po sobie. Sami mamy tylko na autobus, bo przed wypłatą, ale sama nie wiem czy odważyłabym się podejść do Pana i dać mu parę przysłowiowych groszy.

W końcu wracamy samochodem, nie tłuczemy się autobusem, w domu czeka ciepły obiad, a później idę do pracy- ale już przez cały dzień myślę o takich ludziach, jest mi smutno, i cieszę się na swoje życie, każę P. doceniać. Nie narzekajmy.