Wczoraj zażegnaliśmy kryzys, było idealnie; oczywiście do idealności potrzebny był mój wyskok na mroźny spacer po godzinie dwudziestej drugiej, i mokre policzki. Pan P. przestraszył się chyba o zdrowie swojego potomka, bo zaciągnął mnie do siebie za łokieć i scałował mi te policzki i całe usta WRESZCIE, nie zważając na to że grozi mi uduszenie własnymi smarkami. Ogólnie Pan P. od ponad trzech lat lubi zjawiać się w momentach dla mnie krytycznych i robić za tego, który od zawsze był i będzie. I bardzo dobrze.

Za pół godzinki wychodzę do domu. Miśka-fasolka chyba  ekspresowo rośnie, dzisiaj dość wyraźnie czułam jak się WIERCI, nie mogę się mylić, to było Ono! Z wrażenia złapałam się za brzuch i roześmiałam sama do siebie, przez chwilę ubolewałam że nie mam się z kim podzielić tym momentem radości bo już byłam w pracy. Teraz myślę że z boku ta moja reakcja mogła dziwnie wyglądać. Ale mam to gdzieś, czuję moją Miśkę!

 

P.S. Ciągle jem.