Czasem trudno ogarnąć to co piszę- to tyle słowami wstępu.

Jest niedziela, a całe niedziele zajmuje mi siedzenie na stoisku z lakierami w hipermarkecie, to jest, moja praca, w której według mojej umowy, przesiedzę najbliższe pół roku. Przyznaję, żaden to szczyt ambicji, ale praca dla mojego stanu idealna; posiedzę, poczytam książki (które łykam z niewyobrażalną szybkością), pogram w game boya, i jem, ciągle jem. I za te wyczyny + od czasu do czasu obsłużenie klienta, co robię z moim najlepszym uśmiechem, co miesiąc na moim koncie nie najgorsze pieniążki.

No i mój stan. Czwarty miesiąc. Coraz większy brzuch, w brzuchu kotuś, kotuś zwany fasolką, fasolka o imieniu Michalina, choć nie wiadomo jeszcze wcale czy to nie będzie facecik. I dokładnie dzisiaj  wchodzimy z Miśką-fasolką-kotusiem w nasz czwarty miesiąc razem, i 9,7cm wielkości.
O kotusia staram się dbać, łykam witaminki, plus od kilku dni żelazo, noszę nawet znienawidzoną czapkę, choć to i tak nie na wiele się zdaje, bo już drugi raz jestem przeziębiona.

No więc będę tak sobie siedzieć na tym stoisku, prawie do końca pobytu kotusia w brzuszku, i będę tyła, tyła, tyła bo wiem że wciąż będę jadła, jadła i jadła, wszystko zasługa kotusia. Dzisiaj dziwi mnie nawet mój dobry humor, bo przecież niedziela. A tyle przed nami, przecież.